niedziela, 4 lutego 2018

Rozdział 3

  Słońce dopiero co wzeszło, ale Tamara już była na nogach. Do jej obowiązków należało zrobienie śniadania, które zawsze starała się wykonać jak najlepiej, jak potrafi, żeby nie zasłużyć sobie na gniew Avery. Zadrżała na samą myśl o niezadowolonej, pełnej kpiny miny mentorki. 
  Belltown było małym miasteczkiem znajdującym się w centralnej części lenna Redmont. Niewielu o nim słyszało, jeszcze mniej zaglądało. Nie było w nim żadnej gospody, zajazdu, a karczma była jedynie rozlatującą się chałupą składającą się z jednej izby, w której miejscowa ludność mogła od czasu do czasu coś wypić, co zdarzało się dość często. Karczma miała swoich stałych klientów, którzy praktycznie z niej nie wychodzili, chyba, że wyrzuceni.
  W tej karczmie od czasu do czasu, w kącie przesiadywał lokalny zwiadowca. Nie pił, jednak obserwował mieszkańców, często też płacił karczmarzowi parę groszy za parę ciekawych informacji. Większość klientów jednak pod wpływem trunków nie widziała więcej, niż czubek własnego nosa, nie wspominając już o dostrzeżeniu człowieka, który latami szkolił się w ukrywaniu się, tak więc o jego obecności zazwyczaj wiedział tylko karczmarz i Avery, która również przesiadywała w karczmie w celu zdobycia informacji.
  Połowa miasteczka trudniła się rzemieślnictwem, w większości wytwarzaniem trucizn. W dodatku byli to zawodowcy. Lepszych jadowników nie było w całym Araluenie, dlatego właśnie miejscowy zwiadowca starał się mieć na oku wszystkich, którzy miasteczko opuszczają. Do tego, że sam zakupił kilka fiolek swego czasu nie przyznał się przed nikim. Użył ich tylko raz i musiał stwierdzić, że nie rozczarował się.
  Raz na miesiąc dwóch z nich opuszczało miasteczko z pełnymi jukami. Wracali zawsze po trzech dniach z pustymi. Halt zawsze zastanawiał się, gdzie sprzedają swoje towary, jednak nigdy nie miał okazji podążyć ich śladem. Poza tym, jako, że sam zaliczał się do klientów wolał nie powiadamiać o niczym swojego starego przyjaciela Crowleya. Po co biedaczek ma się martwić?
  Avery była właśnie takim jadownikiem. I w dodatku jednym z najlepszych. Tamara byłą przeszczęśliwa, że mogła zostać jej czeladnikiem, jednak to nie zmieniało faktu, że trochę jej się bała. Najbardziej przerażała ją jej blizna na prawym policzku – kobieta nigdy nie opowiadała o niej, jednak Tamara podejrzewała, że kryje się pod tym jakaś fascynująca historia, której z wielką chęcią by wysłuchała. W jej oczach mentorka była bohaterem – nie dość, że specjalizowała się w wytwarzaniu trucizn, to jeszcze świetnie walczyła sztyletem oraz miała dobrego cela.
  Rzemieślniczka miała długie, proste włosy o kolorze ciemnego blondu, bardzo jasną, niemal białą karnację i surowe rysy twarzy. Jej cechą charakterystyczną była wspomniana wyżej blizna i heterochromia oczu – jedno było bardzo ciemnobrązowe, prawie czarne, a drugie granatowe. Oprócz tego z jej twarzy nigdy nie znikał szyderczy uśmieszek, który wielu osobom śnił się po nocach.
  Była w okolicy bardzo szanowaną postacią, gdy szła ulicą, wszyscy ją pozdrawiali, jednak ona nigdy nie odpowiadała na powitania. Zresztą bardzo rzadko się odzywała, a jeśli już to z kpiną i sarkazmem.
  Natomiast Tamara była bardzo drobnej postury, wielu brało ją za młodszą, niż jest w rzeczywistości. Jej włosy były jasnobrązowe i krótko obcięte, a oczy niebieskie, szczere i zawsze wesołe. Mało kto słyszał jej głos, uchodziła za bardzo nieśmiałą. Zawsze strasznie się stresowała, kiedy miała rozmawiać z ludźmi, zwykle czerwieniła się na samą myśl o tym. Poza tym była skromna i bardzo pojętna.
  Mieszkała razem z Avery, zajmowała maleńki pokoik, który niegdyś był piwnicą. Było tam ciasno, ale Tamara strasznie polubiła swoje małe miejsce na tym świecie. Kiedy pościerało się kurz, można było stwierdzić, że jest tam całkiem przytulnie, dlatego dziewczyna spędzała tam większość swojego wolnego czasu – a miała go naprawdę niewiele.
  Jej mistrzyni od kilku dni nie przebywała w domu. Powiedziała jej, że wróci niebawem, tylko musi załatwić parę spraw.
  Jedząc śniadanie rozmyślała nad swoją dotychczasową nauką. Dowiedziała się przez ten czas wielu przydatnych rzeczy, jednak wciąż jej głównym zajęciem było sprzątanie domu i wykonywanie obowiązków domowych.
  Jedynie jednego dnia Avery wzięła ją do lasu, żeby pokazać jej kilka pospolitych trujących roślin. Wszystkie jej pytania na temat fachu jadownika mentorka zbyła półsłówkami. Tamara nie mogła się doczekać, kiedy zacznie się uczyć czegoś w praktyce, ale wiedziała, że zanim to nastąpi minie jeszcze sporo czasu.
  Raz na dwa miesiące jej mentorkę odwiedzali koledzy lub koleżanki po fachu. Av kazała wówczas Tamarze wyjść z domu i zakupić na targu żywność, czego czeladniczka nienawidziła, gdyż było tam mnóstwo ludzi. Jednak starała się uwinąć jak najszybciej, by podsłuchać choć fragmenty rozmowy, które toczyli. Jednak, zanim wracała, goście już się ulatniali. Niezmiernie ją interesowało, o czym rozmawiali, skoro jej nauczycielce tak bardzo zależało, żeby nie usłyszała ani słowa.
  Czasami odwiedzali ją również uczniowie sąsiadów, jednak Avery zawsze przeganiała ich, mówiąc, że nie chce, aby gówniarze od konkurencji pałętały się jej pod nogami, za co Tammy była jej bardzo wdzięczna.
  Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, ale z czasem zaczęła przyjmować nawyki mistrzyni. Mówiła podobnie jak ona, starała się naśladować jej dziarski krok i pełne pogardy spojrzenie, jednak efekt był bardziej śmieszny, niż się tego spodziewała. Często też przyłapywała siebie, że myśli, co by zrobiła Avery, gdyby znalazła się w jej sytuacji.
  Czasami nawet zastanawiała się, czy samemu nie wziąć sztyletu i zrobić sobie taką samą bliznę. W końcu Av była jej idolem, w przyszłości chciała zostać dokładnie taka jak ona.
   A naśladowanie kogoś innego, niż się jest w rzeczywistości nie zawsze jest tak proste, jak się wydaje.
  Wtem usłyszała ujadanie psa, a chwilę później kroki na ganku. Drzwi skrzypnęły i otworzyły się na oścież. W progu stała wysoka postać odziana w brązową pelerynę.
  Tamara uśmiechnęła się promiennie. Jej mistrzyni wróciła.
  Wstała z krzesła, bowiem obowiązywała tam zasada, że uczeń nie może siedzieć, kiedy jego nauczyciel stoi. Energicznie skinęła głową.
  - Kawy? – zapytała.
  Avery pokręciła głową i zaczęła się rozglądać. Jej wzrok padł na stół. Podeszłą do niego i przejechała palcem po blacie, a następnie uniosła rękę do góry i przyjrzała się mu ze zmarszczonymi brwiami.
  - Kurz – stwierdziła.
  Tamara zaczerwieniła się niezadowolona, że nie pomyślała, żeby wcześniej posprzątać. Nie spodziewała się, że Av tak szybko wróci. Była jednak pewna, że sama Avery się tego nie spodziewała.
  Mentorka przeszła przez pomieszczenie i zatrzymała się przed fiolkami leżącymi na komodzie. Padało na nie światło słoneczne, więc szybkim ruchem zdjęła je, otworzyła drzwi szafy i włożyła do środka.
  - Tego typu mikstury trzeba przechowywać w ciemnych i zimnych miejscach – powiedziała bardziej do siebie, niż do Tamary.
  Dziewczyna zanotowała to sobie w pamięci, żeby następnym razem nie popełnić tego samego błędu.
  Mistrzyni uniosła głowę do góry, szukając pająków po kątach, jednak ku uldze uczennicy, niczego takiego nie znalazła. Zadowolona, ściągnęła pelerynę i zawiesiła ją na wiszącym obok drzwi drewnianym wieszaku. Odwróciła się do czeladniczki wykrzywiając zęby w szyderczym uśmiechu.
  - Cieszę się, że zdążyłaś przegonić naszych ośmionożnych przyjaciół. A teraz zajmij się roztoczami, jestem pewna, że one nie posiadają jadu, który mogłybyśmy wykorzystać – stwierdziła z sarkazmem.
  Tammy wzdrygnęła się. Panicznie bała się pająków, a Avery dobrze o tym wiedziała i wypominała jej, kiedy tylko mogła. Na samą myśl o jednym z tych osobników robiło jej się nie dobrze. Ale nikt się ją o to nie pytał. Ba! Nie miała prawa się skarżyć. Od dziecka była traktowana jak przynieś-wynieś-pozamiataj. Dlatego też bardzo się cieszyła, że Avery wzięła ją na swojego ucznia.
  - Poproszę herbatę – rzekła Av.
  Tamara skinęła głową podając jej napój, który przygotowała dla siebie. Jej mistrzyni usiadła i ruchem głowy wskazała dziewczynie krzesło naprzeciw niej. Przez chwilę przyglądała się jej, w milczeniu popijając napój. Zauważyła, że ta zaczyna się już wiercić, ale się nie odezwała. Dopiero, gdy dopiła ostatni łyk, założyła nogę za nogę i zaczęła mówić:
  - W naszej wiosce od pokoleń przekazywane są receptury na wszelkiego rodzaju trucizny oraz na odtrutki. W każdym innym miejscu na tym świecie uznano by nas za czarownice i czarodziei, jednak tutaj jesteśmy szanowani. Niektórzy przejezdni wciąż wierzą jeszcze, że paramy się czarną magią. Wiemy jak zabić człowieka bez użycia ostrza oraz jak go wyleczyć. Jak nikt inny znamy się na ziołach, posiadamy wiedzę, o której większość medyków może sobie tylko pomarzyć.
  Gdy byłam jeszcze czeladnikiem, mój mistrz razem z kolegami prowadził interesy z  pewnym Genoweńćzykiem. Są to znakomici mordercy, wyszkoleni zabójcy, najemnicy. Ludzie nie warci zaufania. Powiedział on wtedy, że do tamtej pory myślał, że to oni wytwarzają najlepsze trucizny. Reszta zebranych zaniosła się gromkim śmiechem.
  Najsilniejsze trucizny trzymam w ukryciu. Potrzebują kilkudziesięciu lat na to, żeby były zdatne do użytku. Uwarzył je mój mistrz, kiedy był zaledwie kilka lat starszy od ciebie.
  Jak pewnie już wiesz, należę do cechu. Jego przywódcą jest sam pan Park. Zapewne sporo o nim słyszałaś. Nigdy nie spotkałam bardziej leniwej osoby… Ale wracając do tematu: nowego lidera wybiera się po śmierci starego poprzez głosowanie… Ostatnio nie było ono konieczne, gdyż był tylko jeden kandydat.
  Mimo, że jesteśmy wszyscy dla siebie konkurencją żyjemy w zgodzie. Od czasu odwiedzamy siebie, by porozmawiać, pośmiać się. Jednak nigdy na tym spotkaniach nie towarzyszy nam butelka. Jest tak dlatego, gdyż każdy Jadownik ma swoją tajną recepturę, którą przekazał mu Mistrz, a której strzeże jak oka w głowie. To wytwarzanie jej przynosi mu sławę.
  Nawet nie pytaj, nie poznasz jej wcześniej, niż na sam koniec szkolenia… - skończyła swój wywód.
  Tamara wpatrywała się w nią bez słowa. Jeszcze nigdy nie słyszała, by Avery powiedziała tak dużo, za jednym razem.
  Mimo wszystko zaciekawiło ją to wszystko. Miała ochotę zapytać, kiedy ostatnio mentorka wypiła coś mocniejszego, ale się odezwała – zabrakło jej odwagi.
  Mistrzyni wstała i wyszła z pomieszczenia zostawiając Tammy samą z jej przemyśleniami.
*
  Crowley przyglądał się w milczeniu władcy. Słuchał jego opowieści, starając się nie uronić ani jednego słowa. Jak na razie wszystko wydawało mu się jasne. Nie dziwił się już Duncanowi, sam na jego miejscu szukałby pocieszenia w butelce z alkoholem. Gdyby nie był zwiadowcą. Gdyby nie był trzeźwo myślącym człowiekiem. Gdyby nie był wyszkolony, że zimną krew powinno się zachować w nawet najgorszych wypadkach.
  Kiedy król skończył, uśmiechnął się smutno do przyjaciela.
  - Teraz widzisz, na czym polega problem – westchnął.
  Crowley skinął głową. Już wcześniej się nad tym zastanawiał.
  - Wyślę tam Gilana z jego uczniakiem – stwierdził. – Albo Louisa.
  - Ale dlaczego nie Halta? – Duncan zmarszczył brwi.
  Crowley westchnął ciężko.
  - Nie wydaje mi się, żeby był skory do pomocy w tej jednej sprawie – szepnął.
  Władca nie zadał mu więcej pytań.
*
  Silver odwrócił się w siodle, by spojrzeć na jadącego za nim Gilana. W jego mniemaniu zwiadowca strasznie się wlekł. Czeladnik był podekscytowany swoją pierwszą misją i chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nie rozumiał, dlaczego mistrz nie podziela jego entuzjazmu, ale nie chciał go pośpieszać, w obawie, że ten się zdenerwuje i znowu nie da mu kolacji.
  Właściciel odznaki srebrnego liścia tylko pobłażliwie się uśmiechał i nie zwracał na uczniaka najmniejszej uwagi, co trochę irytowało Silva. Uwielbiał być w centrum uwagi i nie był przyzwyczajony do bycia ignorowanym.
  Parę razy próbował zapoczątkować rozmowę, jednak, kiedy nauczyciel po raz kolejny odpowiedział jednym słowem, naburmuszony spojrzał na swojego konia, mając nadzieję, że Night wreszcie mu cokolwiek odpowie.
  Jednak nawet zwykle skora do komentowania wszystkiego klacz siedziała cicho, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Silvera.
   - Czemu wszyscy traktujecie mnie jak powietrze? – wrzasnął.
  Gilan spojrzał na niego spode łba.
   - Gdybyś uważał, wiedziałbyś, że zależy mi na zachowaniu ciszy. Nigdy nie wiadomo, kto mógłby nas usłyszeć – wyjaśnił spokojnie, ale stanowczo.
  Na te słowa zarumienił się zmieszany, ale nic nie odpowiedział, co jego mistrz przyjął zadowolonym skinieniem głowy.
  Las, który do tej pory ciągnął się w nieskończoność, wreszcie zaczął się przerzedzać. Na zwiadowcę i jego ucznia padało coraz więcej światła słonecznego. Wkrótce także zobaczyli pierwsze zabudowania.
  Gilan pokazał gestem Silverowi, żeby się zatrzymał, co ten szybko uczynił. Mistrz zrównał się z nim.
 - Zatrzymamy się w pobliskiej gospodzie i coś zjemy, a następnie wytłumaczę ci, co musimy zrobić dalej – rzekł.
  Silver mimo woli uśmiechnął się na myśl o ciepłym posiłku. Poczuł, że cieknie mu ślinka, gdy wyobraził sobie ciepłe krowie mięso i gorącą kawę.

 - Tak… - szepnął – myślę, że to będzie dobre wyjście…

czwartek, 21 grudnia 2017

Rozdział 2

  Crowley uśmiechnął się. Tuż przed nim leżała teczka pełna dokumentów. Nareszcie skończył znienawidzoną papierkową robotę. Gdyby mógł, sam sobie przybiłby piątkę.

  Jednak to nie było wszystko. Brakowało jednego raportu. A jakby tego było mało, wieczorem czekało go spotkanie z królem Duncanem. Nie miał pojęcia, o czym władca chce z nim porozmawiać, jednak nie spodziewał się, żeby było to coś dobrego.

  Jeszcze raz spojrzał tęsknie przez otwarte okno w kierunku lasu. Od tygodni nie miał czasu znaleźć się na grzbiecie wierzchowca i mknąć przez las. Brakowało mu rozrywki, niebezpiecznych misji, pełnych napięcia akcji, na jakie chodził w młodości. Z drugiej strony cieszył się, że już nie musi spać po fosach i trząść się z zimna podczas deszczy, przed którym chroniła go jedynie jego szaro-zielona peleryna.

  Jednak szybko odgonił od siebie te myśli i spojrzał na zegarek. Wyprostował się, przygładził płaszcz i wyszedł ze swej komnaty, która czasami zdawała się mu być jego więzieniem.
  Schodząc po schodach mruczał pod nosem wesołe piosenki, żeby dodać sobie otuchy. Mijający go służący zerkali na niego z zaciekawieniem, a czasem i rozbawieniem. Każdemu po kolei kiwał głową na powitanie.

  Mimo, że służyli w najważniejszym zamku w królestwie, byli prostymi ludźmi, a zwiadowcy nie wzbudzali ich ufności. Niektórzy uważali ich za czarnoksiężników, także szybko za dowódcą uformował się podążający za nim krok w krok tłumek gapiów, ciekawych zobaczenia dziwnego zaklęcia, jakie w ich mniemaniu rzucał Crowley na mijane korytarze.

  Zwiadowcę nie zwracał jednak na nich odwagi. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu (z jakże wspaniałą eskortą) znalazł się przed masywnymi drzwiami. W jednej w chwili spoważniał i spojrzał groźnie na tłumek gapiów, który w kilka minut się rozbiegł przerażony. Zadowolony, że pozbył się ogona, zastukał trzy razy do drzwi, zza których rozległo się ciche „proszę”.

  Crowley pchnął ciężkie drzwi do przodu. Jego oczom ukazał się siedzący przy stole Duncan, wyraźnie czymś zmartwiony. Tuż przed nim leżał pusty kielich i w połowie pełna butelka wina. Zwiadowcę niezmiernie zdziwił ten widok, wiedział bowiem, że Duncan zazwyczaj nie szuka pocieszenia w alkoholu, kiedy ma problem. W takich chwilach starał się zachować trzeźwość umysłu i podejmować rozsądne decyzję.

  Jego zmęczone oczy spojrzały na starego przyjaciela. Mruknął pod nosem przywitanie i westchnął.

  - Siadaj, Crowley. Może się czegoś napijesz? – zasugerował, wyciągając z szafki kolejny kieliszek.

  Crowleya zamurowało.

*

  Silver zerknął niepewnie na Gilana. Nie był pewny, czy to on ma podejść i otworzyć drzwi nieznajomemu. Z drugiej strony był wściekły, że nie mógł nawet przedstawić swojego problemu mistrzowi.

  Zwiadowca uniósł do góry jedną brew. Znowu.

  - Otworzyć? – zapytał uczeń.

  Gilan pokręcił przecząco głową. Jego ręka nieznacznie przesunęła się w kierunku rękojeści miecza.
  Pukanie rozległo się po raz kolejny. Do ich uszu dobiegło również pełne pogardy prychnięcie.
  Siedzieli tak w ciszy, dopóki  osoba, która stała za drzwiami nie odeszła.

  Silv spojrzał na mentora podejrzliwie.

  - Kto to był? – spytał.

  Gilan przewrócił oczami.

 - Nikt ważny.

  Silver skinął głową, ale było wiadomo, że taka odpowiedź  go nie usatysfakcjonowała. Czyżby jego mistrz miał jakiś sekret? Już wiedział, że zrobi wszystko, żeby go odkryć.

  

sobota, 18 listopada 2017

Rozdział 1

  Kara klacz z pewnością nie należała do najpiękniejszych. Mała, o beczułkowatym tułowiu,sprawiała wrażenie nieruchliwego konia, o niskim ilorazie inteligencji.
  W rzeczywistości można ją było przypisać do najwytrwalszych wierzchowców w Araluenie. Jej jeździec, gdyby go o to spytano, z pewnością opisałby ją przymiotnikiem „wredna”. I może również „pyskata”.
  Silver trzy miesiące wcześniej został czeladnikiem zwiadowcy. Mimo, że jego rówieśnicy nie mieli pozytywnego zdania na temat zakapturzonych postaci, chłopiec był zachwycony. Uwielbiał robić wszystkim na złość, wyróżniać się, nigdy nie słuchał co się do niego mówiono. Poza tym miał broń.
  Uśmiechnął się na myśl, że pod ręką ma łuk. Wcześniej używał tylko wykonanych przez siebie proc, ku niezadowoleniu swoich sąsiadów. Jeśli gdziekolwiek na wsi rozbito szybę, zraniono już i tak ledwo chodzącego osła, on był pierwszym podejrzanym.
   Jednak nie działał sam. Zawsze wspierał go starszy o rok brat Aydan. Razem stanowili drużynę, z którą trzeba było się liczyć. Kiedy jeden odwracał uwagę poczciwego piekarza, drugi zakradał się do jego domu, by zwędzić parę świeżych bułek. To Ay nauczył go z kawałków skóry sklejać proce, a następnie z niej jak najtrafniej strzelać. To on pokazał mu, gdzie najlepiej się schować, gdy wściekły gospodarz cię ściga, jak kłamać, by nikt się nie zorientował, gdzie można znaleźć najlepsze jabłka.
  Ich beztroskie życie przepełnione było żartami, śmiechem oraz bójkami z kolegami. Do czasu, kiedy jego brat wyjechał z rodzinnej wsi, żeby po długich latach praktyki, wstąpić do korpusu zwiadowców. Od tego czasu się nie widzieli.
  Dlatego też dla Silvera możliwość pójścia w ślady Aydana była ogromną szansą. Obiecał sobie, że kiedy następnym razem go spotka, będzie jednym z najlepszych właścicieli odznaki w kształcie liścia dębu. Ta ambicja pchała go naprzód, dodawała sił w ćwiczeniach.
  Te trzy miesiące bardzo go zmieniły. Wciąż zdarzało mu się narobić bigosu, jednak, jeśli od tego miała zależeć jego przyszła kariera starał się zachowywać przyzwoicie.
  Klacz prychnęła cicho, a chłopak posłał jej mordercze spojrzenie.
  - Kiedy już będę sławny, przejdziesz na emeryturę i kupię sobie nowego konia – syknął.
  Night parsknęła, jakby śmiejąc się ze swojego towarzysza.
  - „Zobaczymy. Jeszcze mi podziękujesz” – odpowiedziała.
  Przez resztę drogi już się nie odzywał, bo już zdążył się przekonać, że jeśli zacznie się kłócić, to tylko się zbłaźni.
***
  Gilan trzymał w dłoni ciepły kubek kawy. Jej zapach roznosił się po kuchni, sprawiając, że pomieszczenie wydało się jeszcze przytulniejsze. Ten aromat przywodził mu na myśl te sześć lat spędzonych na nauce pod czujnym okiem swojego mentora.
  Kiedy patrzył na swojego nowego podopiecznego przez okno, poczuł się bardzo stary, mimo, że Silver był od niego tylko dziewięć lat młodszy.
  Sam się zastanawiał, czy dobrze postąpił. Chłopiec co prawda był bardzo zdolny, ale jego wybuchowy temperament dość często dawał o sobie znać. Jeśli przez dłuższy czas niczego nie wymyślił, Gil zaczynał się niepokoić.
  Z drugiej strony musiał przyznać, że był utalentowany. Miał dobre oko, a ponadto już wcześniej starał się być niezauważalny, co wychodziło mu dobrze. Przed czujnym wzrokiem zwiadowcy nie mógł uciec, ale widać było, że nie jest nowicjuszem.
  Wciąż miał w uszach pełne kpiny słowa mistrza i nienadający się do przytoczenia epitet, którym określił zwiadowcę, gdy dowiedział się o tym, że przyjął ucznia. Skrzywił się na samo wspomnienie tych ciemnych, wzniesionych do góry oczu.
  - Na własne życzenie niszczysz sobie życie – usłyszał, zanim się pożegnali.
  Po tym zdarzeniu nie raz śnił mu się Silv, a to na czele buntu przeciwko Crowleyowi; a to ścigającego go z nożem, a raz nawet jako zdrajcę spiskującego wraz z zamieszkałym w Górach Deszczu i Nocy lordem. W każdym z tych snów w końcu pojawiał się ze złośliwym uśmiechem Hibernijczyk.
  Jednak przez swój ośli upór jego decyzja pozostawała niezmienna. Obiecał sobie zrobić z czeladnika dobrego zwiadowcę, bez względu na konsekwencje.
  Miał tylko nadzieję, że się nie myli.
  Powoli zaczynało się ściemniać. Z ociąganiem wstał, by dorzucić kawałek drewna do palącego się w kominku ognia. Płomienie dawały ciepło i światło, którego potrzebował.
  Usiadł z powrotem i zerknął na leżący na stole kawałek skóry. Westchnął, po czym wziął pióro, zaczynając pisać raport. Sam nie wiedział, o czym pisze, byleby tylko nie mieli do niego pretensji, że nie zdał raportu. Kątem oka wciąż obserwował polanę, na której Silver i Night najwyraźniej dobrze się bawili.
  Wiele by dał, by móc do nich dołączyć, jednak miał swoje obowiązki. Zerknął na zapisane słowa.
 - Nienawidzę papierkowej roboty – mruknął.
  Usłyszał ciężkie kroki na ganku. Poderwał się z miejsca.
  Kiedy drzwi otworzyły się z hukiem, zmarszczył brwi, czując zimny powiew wiatru. W progu pojawiła się podskakująca wesoło postać. Uniosła do góry prawą rękę na powitanie.
  Gilan w odpowiedzi skinął głową i wskazał Silverowi miejsce obok siebie. Chłopak z uśmiechem usiadł i zdjął płaszcz.
  Zwiadowca popatrzył na niego z wyrzutem.
  - A drzwi to co? Krowa zjadła? – burknął.
  Czeladnik wzruszył ramionami w odpowiedzi, kładąc nogi w ubłoconych butach na stole próbując sprowokować nauczyciela. Ten tylko wzniósł zielone oczy ku niebu i zaczął się zastanawiać, czy kiedyś w młodości też był taki arogancki. Nie chciał się przyznać przed samym sobą, że odpowiedź na to pytanie była twierdząca.
  - Krowy tu nie ma, więc musiał być to twój koń.
  Gilan pomyślał o Blaze’u, siedzącego samemu z Night w stajni. Przez głowę przeleciała mu myśl, że czworonóg być może cierpi tak samo jak on, nie mogąc znieść młodszej towarzyszki.
  - Cóż, wątpię. Gdyby nie to, że twoje poczucie własnej wartości zajmuje tak dużo miejsca, że drzwi by się już tam nie zmieściły, osądzałbym ciebie – odparł w odpowiedzi.
  Silver odburknął coś pod nosem, prawdopodobnie niezbyt miły epitet skierowany pod adresem mistrza, ale wstał i zamknął wejście.
  Patrzył, jak Gilan pije kawę, nawet nie zaproponowawszy mu jednej filiżanki. Uznał to za egoizm i prychnął.
  Zwiadowca zaprezentował nowo nabytą umiejętność – uniósł jedną brew do góry. Gdy był jeszcze czeladnikiem bardzo zazdrościł Haltowi tej umiejętności, nieraz próbował go naśladować, jednak nie za bardzo mu to wychodziło. Po chwili namysłu stwierdził, że to przychodzi z wiekiem. Albo i z uczniem.
  Silv łypnął na niego spode łba, ale już nie odezwał się, dopóki nie otrzymał swojej porcji gorącego napoju. Na sam widok brązowego płynu, mimo woli uśmiechnął się serdecznie, wciągając aromat kawy.
  Jednym łykiem opróżnił cały kubek. Tak, to zdecydowanie było to, czego potrzebował.
  Rozbawiony Gilan ledwo mógł się powstrzymać od złośliwego komentarza. W tej chwili jego uczeń wyglądał bardziej jak dziecko, niż osoba, która w ciągu sześciu lat miała stać się ponadprzeciętnym strategiem, świetnym wojownikiem, wybitnym łucznikiem i doskonałym szpiegiem, a przede wszystkim groźnym wrogiem, z którym trzeba się liczyć.
  Odłożył niedokończony raport do kredensu. Musiał go skończył szybko, lecz niekoniecznie w tym momencie. Silver spojrzał na Gilana z wdzięcznością. Chciał porozmawiać z mistrzem i wolałby, żeby ten go wysłuchał oraz doradził.

  W tym momencie do ich uszu dotarł głuchy odgłos. Odwrócili się jak na komendę. Ktoś pukał do drzwi, i bynajmniej nie zależało mu na dyskrecji. 

I oto jest pierwszy rozdział! Nie jest on jakoś  strasznie długi, ale myślę, że ujdzie.

piątek, 3 listopada 2017

Prolog

Cisza była wszechobecna.
  Młoda Angie skuliła się za komodą. Ze swojej kryjówki słyszała miarowy oddech swojej siostry. Dałaby wszystko, żeby ją ostrzec przed osobą, której kroki słyszała na ganku. Wiedziała jednak, że tym sposobem intruz wykryje również ją.
  „To koniec” – pomyślała, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
  W starym, opuszczonym domu na skraju lasu sieroty znalazły schronienie kilka miesięcy wcześniej. Miały dach nad głową, a w dodatku Ang znalazła dość spory zapas drewna na opał, jedzenia, wody oraz całe mnóstwo kawy.
 Dziesięciolatka miała szczerą nadzieję, że nie zostaną wyrzucone na mróz. Zewnętrzny świat wydawał jej się przerażający, ogromny, pozbawiony cienia współczucia dla dwóch zagubionych sióstr. Ponadto za oknami panowała najokropniejsza, ale i najpiękniejsza pora roku – zima.
  Gruba warstwa śniegu zdawała się przemawiać do niej „chodź, dziewczę, znajdziesz się w królestwie Królowej Śniegu, wśród białego puchu, będziesz żyła w szczęściu i dostatku, lecz już nigdy nie wrócisz…”
  Zadrżała, kiedy usłyszała skrzypnięcie towarzyszące otwieraniu drzwi wejściowych. Ciężkie buty przybysza zdawały się grzmieć o posadzkę w zwykle cichej chałpce. Nawet z sypialni dosłyszała jego pełen radości śmiech. Wciągnęła gniewnie powietrze. Nie wiedziała, z kim miała do czynienia, ale jej zdaniem bezprawnie wtargnął na teren, który zaczęła nazywać już swoim domem.
  Pomruk. Skrzypienie posadzki.
  Ang poczuła jak po plecach przebiegają jej ciarki. Nie wytrzymała i zemdlała.
  Gdy się ocknęła było jasno. Zerknęła na posłanie młodszej dziewczyny.

  Jej siostry tam nie było, natomiast zamiast niej, znalazła plamę krwi.



Heh, krótki, nudny i dziwny xd Nie umiem pisać prologów, ale chciałam zrobić takie krótkie wprowadzenie. 
Poprzednie rozdziały napisane rok temu usunęłam. Mam nadzieję, że wyjdzie mi tym razem :3