Słońce
dopiero co wzeszło, ale Tamara już była na nogach. Do jej obowiązków należało
zrobienie śniadania, które zawsze starała się wykonać jak najlepiej, jak
potrafi, żeby nie zasłużyć sobie na gniew Avery. Zadrżała na samą myśl o
niezadowolonej, pełnej kpiny miny mentorki.
Belltown
było małym miasteczkiem znajdującym się w centralnej części lenna Redmont.
Niewielu o nim słyszało, jeszcze mniej zaglądało. Nie było w nim żadnej
gospody, zajazdu, a karczma była jedynie rozlatującą się chałupą składającą się
z jednej izby, w której miejscowa ludność mogła od czasu do czasu coś wypić, co
zdarzało się dość często. Karczma miała swoich stałych klientów, którzy
praktycznie z niej nie wychodzili, chyba, że wyrzuceni.
W tej
karczmie od czasu do czasu, w kącie przesiadywał lokalny zwiadowca. Nie pił,
jednak obserwował mieszkańców, często też płacił karczmarzowi parę groszy za
parę ciekawych informacji. Większość klientów jednak pod wpływem trunków nie
widziała więcej, niż czubek własnego nosa, nie wspominając już o dostrzeżeniu
człowieka, który latami szkolił się w ukrywaniu się, tak więc o jego obecności
zazwyczaj wiedział tylko karczmarz i Avery, która również przesiadywała w
karczmie w celu zdobycia informacji.
Połowa
miasteczka trudniła się rzemieślnictwem, w większości wytwarzaniem trucizn. W
dodatku byli to zawodowcy. Lepszych jadowników nie było w całym Araluenie,
dlatego właśnie miejscowy zwiadowca starał się mieć na oku wszystkich, którzy
miasteczko opuszczają. Do tego, że sam zakupił kilka fiolek swego czasu nie
przyznał się przed nikim. Użył ich tylko raz i musiał stwierdzić, że nie
rozczarował się.
Raz na
miesiąc dwóch z nich opuszczało miasteczko z pełnymi jukami. Wracali zawsze po
trzech dniach z pustymi. Halt zawsze zastanawiał się, gdzie sprzedają swoje
towary, jednak nigdy nie miał okazji podążyć ich śladem. Poza tym, jako, że sam
zaliczał się do klientów wolał nie powiadamiać o niczym swojego starego
przyjaciela Crowleya. Po co biedaczek ma się martwić?
Avery była
właśnie takim jadownikiem. I w dodatku jednym z najlepszych. Tamara byłą
przeszczęśliwa, że mogła zostać jej czeladnikiem, jednak to nie zmieniało
faktu, że trochę jej się bała. Najbardziej przerażała ją jej blizna na prawym
policzku – kobieta nigdy nie opowiadała o niej, jednak Tamara podejrzewała, że
kryje się pod tym jakaś fascynująca historia, której z wielką chęcią by
wysłuchała. W jej oczach mentorka była bohaterem – nie dość, że specjalizowała
się w wytwarzaniu trucizn, to jeszcze świetnie walczyła sztyletem oraz miała
dobrego cela.
Rzemieślniczka miała długie, proste włosy o kolorze ciemnego blondu,
bardzo jasną, niemal białą karnację i surowe rysy twarzy. Jej cechą
charakterystyczną była wspomniana wyżej blizna i heterochromia oczu – jedno było
bardzo ciemnobrązowe, prawie czarne, a drugie granatowe. Oprócz tego z jej
twarzy nigdy nie znikał szyderczy uśmieszek, który wielu osobom śnił się po
nocach.
Była w
okolicy bardzo szanowaną postacią, gdy szła ulicą, wszyscy ją pozdrawiali, jednak
ona nigdy nie odpowiadała na powitania. Zresztą bardzo rzadko się odzywała, a
jeśli już to z kpiną i sarkazmem.
Natomiast
Tamara była bardzo drobnej postury, wielu brało ją za młodszą, niż jest w
rzeczywistości. Jej włosy były jasnobrązowe i krótko obcięte, a oczy
niebieskie, szczere i zawsze wesołe. Mało kto słyszał jej głos, uchodziła za
bardzo nieśmiałą. Zawsze strasznie się stresowała, kiedy miała rozmawiać z
ludźmi, zwykle czerwieniła się na samą myśl o tym. Poza tym była skromna i
bardzo pojętna.
Mieszkała
razem z Avery, zajmowała maleńki pokoik, który niegdyś był piwnicą. Było tam
ciasno, ale Tamara strasznie polubiła swoje małe miejsce na tym świecie. Kiedy
pościerało się kurz, można było stwierdzić, że jest tam całkiem przytulnie,
dlatego dziewczyna spędzała tam większość swojego wolnego czasu – a miała go
naprawdę niewiele.
Jej
mistrzyni od kilku dni nie przebywała w domu. Powiedziała jej, że wróci
niebawem, tylko musi załatwić parę spraw.
Jedząc
śniadanie rozmyślała nad swoją dotychczasową nauką. Dowiedziała się przez ten
czas wielu przydatnych rzeczy, jednak wciąż jej głównym zajęciem było
sprzątanie domu i wykonywanie obowiązków domowych.
Jedynie
jednego dnia Avery wzięła ją do lasu, żeby pokazać jej kilka pospolitych
trujących roślin. Wszystkie jej pytania na temat fachu jadownika mentorka zbyła
półsłówkami. Tamara nie mogła się doczekać, kiedy zacznie się uczyć czegoś w
praktyce, ale wiedziała, że zanim to nastąpi minie jeszcze sporo czasu.
Raz na dwa
miesiące jej mentorkę odwiedzali koledzy lub koleżanki po fachu. Av kazała
wówczas Tamarze wyjść z domu i zakupić na targu żywność, czego czeladniczka
nienawidziła, gdyż było tam mnóstwo ludzi. Jednak starała się uwinąć jak
najszybciej, by podsłuchać choć fragmenty rozmowy, które toczyli. Jednak, zanim
wracała, goście już się ulatniali. Niezmiernie ją interesowało, o czym
rozmawiali, skoro jej nauczycielce tak bardzo zależało, żeby nie usłyszała ani
słowa.
Czasami
odwiedzali ją również uczniowie sąsiadów, jednak Avery zawsze przeganiała ich,
mówiąc, że nie chce, aby gówniarze od konkurencji pałętały się jej pod nogami,
za co Tammy była jej bardzo wdzięczna.
Nawet nie
zdawała sobie z tego sprawy, ale z czasem zaczęła przyjmować nawyki mistrzyni.
Mówiła podobnie jak ona, starała się naśladować jej dziarski krok i pełne
pogardy spojrzenie, jednak efekt był bardziej śmieszny, niż się tego
spodziewała. Często też przyłapywała siebie, że myśli, co by zrobiła Avery,
gdyby znalazła się w jej sytuacji.
Czasami
nawet zastanawiała się, czy samemu nie wziąć sztyletu i zrobić sobie taką samą
bliznę. W końcu Av była jej idolem, w przyszłości chciała zostać dokładnie taka
jak ona.
A
naśladowanie kogoś innego, niż się jest w rzeczywistości nie zawsze jest tak
proste, jak się wydaje.
Wtem
usłyszała ujadanie psa, a chwilę później kroki na ganku. Drzwi skrzypnęły i
otworzyły się na oścież. W progu stała wysoka postać odziana w brązową
pelerynę.
Tamara
uśmiechnęła się promiennie. Jej mistrzyni wróciła.
Wstała z
krzesła, bowiem obowiązywała tam zasada, że uczeń nie może siedzieć, kiedy jego
nauczyciel stoi. Energicznie skinęła głową.
- Kawy? –
zapytała.
Avery
pokręciła głową i zaczęła się rozglądać. Jej wzrok padł na stół. Podeszłą do niego
i przejechała palcem po blacie, a następnie uniosła rękę do góry i przyjrzała
się mu ze zmarszczonymi brwiami.
- Kurz –
stwierdziła.
Tamara
zaczerwieniła się niezadowolona, że nie pomyślała, żeby wcześniej posprzątać.
Nie spodziewała się, że Av tak szybko wróci. Była jednak pewna, że sama Avery
się tego nie spodziewała.
Mentorka
przeszła przez pomieszczenie i zatrzymała się przed fiolkami leżącymi na
komodzie. Padało na nie światło słoneczne, więc szybkim ruchem zdjęła je,
otworzyła drzwi szafy i włożyła do środka.
- Tego typu
mikstury trzeba przechowywać w ciemnych i zimnych miejscach – powiedziała
bardziej do siebie, niż do Tamary.
Dziewczyna
zanotowała to sobie w pamięci, żeby następnym razem nie popełnić tego samego
błędu.
Mistrzyni
uniosła głowę do góry, szukając pająków po kątach, jednak ku uldze uczennicy,
niczego takiego nie znalazła. Zadowolona, ściągnęła pelerynę i zawiesiła ją na
wiszącym obok drzwi drewnianym wieszaku. Odwróciła się do czeladniczki
wykrzywiając zęby w szyderczym uśmiechu.
- Cieszę
się, że zdążyłaś przegonić naszych ośmionożnych przyjaciół. A teraz zajmij się
roztoczami, jestem pewna, że one nie posiadają jadu, który mogłybyśmy
wykorzystać – stwierdziła z sarkazmem.
Tammy
wzdrygnęła się. Panicznie bała się pająków, a Avery dobrze o tym wiedziała i
wypominała jej, kiedy tylko mogła. Na samą myśl o jednym z tych osobników
robiło jej się nie dobrze. Ale nikt się ją o to nie pytał. Ba! Nie miała prawa
się skarżyć. Od dziecka była traktowana jak przynieś-wynieś-pozamiataj. Dlatego
też bardzo się cieszyła, że Avery wzięła ją na swojego ucznia.
- Poproszę
herbatę – rzekła Av.
Tamara
skinęła głową podając jej napój, który przygotowała dla siebie. Jej mistrzyni
usiadła i ruchem głowy wskazała dziewczynie krzesło naprzeciw niej. Przez
chwilę przyglądała się jej, w milczeniu popijając napój. Zauważyła, że ta
zaczyna się już wiercić, ale się nie odezwała. Dopiero, gdy dopiła ostatni łyk,
założyła nogę za nogę i zaczęła mówić:
- W naszej
wiosce od pokoleń przekazywane są receptury na wszelkiego rodzaju trucizny oraz
na odtrutki. W każdym innym miejscu na tym świecie uznano by nas za czarownice
i czarodziei, jednak tutaj jesteśmy szanowani. Niektórzy przejezdni wciąż
wierzą jeszcze, że paramy się czarną magią. Wiemy jak zabić człowieka bez
użycia ostrza oraz jak go wyleczyć. Jak nikt inny znamy się na ziołach,
posiadamy wiedzę, o której większość medyków może sobie tylko pomarzyć.
Gdy byłam
jeszcze czeladnikiem, mój mistrz razem z kolegami prowadził interesy z pewnym Genoweńćzykiem. Są to znakomici
mordercy, wyszkoleni zabójcy, najemnicy. Ludzie nie warci zaufania. Powiedział
on wtedy, że do tamtej pory myślał, że to oni wytwarzają najlepsze trucizny.
Reszta zebranych zaniosła się gromkim śmiechem.
Najsilniejsze trucizny trzymam w ukryciu.
Potrzebują kilkudziesięciu lat na to, żeby były zdatne do użytku. Uwarzył je
mój mistrz, kiedy był zaledwie kilka lat starszy od ciebie.
Jak pewnie
już wiesz, należę do cechu. Jego przywódcą jest sam pan Park. Zapewne sporo o
nim słyszałaś. Nigdy nie spotkałam bardziej leniwej osoby… Ale wracając do
tematu: nowego lidera wybiera się po śmierci starego poprzez głosowanie…
Ostatnio nie było ono konieczne, gdyż był tylko jeden kandydat.
Mimo, że
jesteśmy wszyscy dla siebie konkurencją żyjemy w zgodzie. Od czasu odwiedzamy
siebie, by porozmawiać, pośmiać się. Jednak nigdy na tym spotkaniach nie
towarzyszy nam butelka. Jest tak dlatego, gdyż każdy Jadownik ma swoją tajną
recepturę, którą przekazał mu Mistrz, a której strzeże jak oka w głowie. To
wytwarzanie jej przynosi mu sławę.
Nawet nie
pytaj, nie poznasz jej wcześniej, niż na sam koniec szkolenia… - skończyła swój
wywód.
Tamara
wpatrywała się w nią bez słowa. Jeszcze nigdy nie słyszała, by Avery
powiedziała tak dużo, za jednym razem.
Mimo
wszystko zaciekawiło ją to wszystko. Miała ochotę zapytać, kiedy ostatnio
mentorka wypiła coś mocniejszego, ale się odezwała – zabrakło jej odwagi.
Mistrzyni
wstała i wyszła z pomieszczenia zostawiając Tammy samą z jej przemyśleniami.
*
Crowley
przyglądał się w milczeniu władcy. Słuchał jego opowieści, starając się nie
uronić ani jednego słowa. Jak na razie wszystko wydawało mu się jasne. Nie
dziwił się już Duncanowi, sam na jego miejscu szukałby pocieszenia w butelce z
alkoholem. Gdyby nie był zwiadowcą. Gdyby nie był trzeźwo myślącym człowiekiem.
Gdyby nie był wyszkolony, że zimną krew powinno się zachować w nawet
najgorszych wypadkach.
Kiedy król
skończył, uśmiechnął się smutno do przyjaciela.
- Teraz
widzisz, na czym polega problem – westchnął.
Crowley
skinął głową. Już wcześniej się nad tym zastanawiał.
- Wyślę tam
Gilana z jego uczniakiem – stwierdził. – Albo Louisa.
- Ale
dlaczego nie Halta? – Duncan zmarszczył brwi.
Crowley
westchnął ciężko.
- Nie wydaje
mi się, żeby był skory do pomocy w tej jednej sprawie – szepnął.
Władca nie
zadał mu więcej pytań.
*
Silver
odwrócił się w siodle, by spojrzeć na jadącego za nim Gilana. W jego mniemaniu
zwiadowca strasznie się wlekł. Czeladnik był podekscytowany swoją pierwszą
misją i chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nie rozumiał, dlaczego
mistrz nie podziela jego entuzjazmu, ale nie chciał go pośpieszać, w obawie, że
ten się zdenerwuje i znowu nie da mu kolacji.
Właściciel
odznaki srebrnego liścia tylko pobłażliwie się uśmiechał i nie zwracał na
uczniaka najmniejszej uwagi, co trochę irytowało Silva. Uwielbiał być w centrum
uwagi i nie był przyzwyczajony do bycia ignorowanym.
Parę razy
próbował zapoczątkować rozmowę, jednak, kiedy nauczyciel po raz kolejny
odpowiedział jednym słowem, naburmuszony spojrzał na swojego konia, mając
nadzieję, że Night wreszcie mu cokolwiek odpowie.
Jednak nawet
zwykle skora do komentowania wszystkiego klacz siedziała cicho, co jeszcze
bardziej rozwścieczyło Silvera.
- Czemu wszyscy traktujecie mnie jak
powietrze? – wrzasnął.
Gilan
spojrzał na niego spode łba.
- Gdybyś uważał, wiedziałbyś, że zależy mi na
zachowaniu ciszy. Nigdy nie wiadomo, kto mógłby nas usłyszeć – wyjaśnił
spokojnie, ale stanowczo.
Na te słowa
zarumienił się zmieszany, ale nic nie odpowiedział, co jego mistrz przyjął
zadowolonym skinieniem głowy.
Las, który
do tej pory ciągnął się w nieskończoność, wreszcie zaczął się przerzedzać. Na
zwiadowcę i jego ucznia padało coraz więcej światła słonecznego. Wkrótce także
zobaczyli pierwsze zabudowania.
Gilan
pokazał gestem Silverowi, żeby się zatrzymał, co ten szybko uczynił. Mistrz
zrównał się z nim.
- Zatrzymamy się w pobliskiej gospodzie i coś
zjemy, a następnie wytłumaczę ci, co musimy zrobić dalej – rzekł.
Silver mimo
woli uśmiechnął się na myśl o ciepłym posiłku. Poczuł, że cieknie mu ślinka,
gdy wyobraził sobie ciepłe krowie mięso i gorącą kawę.
- Tak… -
szepnął – myślę, że to będzie dobre wyjście…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz