sobota, 18 listopada 2017

Rozdział 1

  Kara klacz z pewnością nie należała do najpiękniejszych. Mała, o beczułkowatym tułowiu,sprawiała wrażenie nieruchliwego konia, o niskim ilorazie inteligencji.
  W rzeczywistości można ją było przypisać do najwytrwalszych wierzchowców w Araluenie. Jej jeździec, gdyby go o to spytano, z pewnością opisałby ją przymiotnikiem „wredna”. I może również „pyskata”.
  Silver trzy miesiące wcześniej został czeladnikiem zwiadowcy. Mimo, że jego rówieśnicy nie mieli pozytywnego zdania na temat zakapturzonych postaci, chłopiec był zachwycony. Uwielbiał robić wszystkim na złość, wyróżniać się, nigdy nie słuchał co się do niego mówiono. Poza tym miał broń.
  Uśmiechnął się na myśl, że pod ręką ma łuk. Wcześniej używał tylko wykonanych przez siebie proc, ku niezadowoleniu swoich sąsiadów. Jeśli gdziekolwiek na wsi rozbito szybę, zraniono już i tak ledwo chodzącego osła, on był pierwszym podejrzanym.
   Jednak nie działał sam. Zawsze wspierał go starszy o rok brat Aydan. Razem stanowili drużynę, z którą trzeba było się liczyć. Kiedy jeden odwracał uwagę poczciwego piekarza, drugi zakradał się do jego domu, by zwędzić parę świeżych bułek. To Ay nauczył go z kawałków skóry sklejać proce, a następnie z niej jak najtrafniej strzelać. To on pokazał mu, gdzie najlepiej się schować, gdy wściekły gospodarz cię ściga, jak kłamać, by nikt się nie zorientował, gdzie można znaleźć najlepsze jabłka.
  Ich beztroskie życie przepełnione było żartami, śmiechem oraz bójkami z kolegami. Do czasu, kiedy jego brat wyjechał z rodzinnej wsi, żeby po długich latach praktyki, wstąpić do korpusu zwiadowców. Od tego czasu się nie widzieli.
  Dlatego też dla Silvera możliwość pójścia w ślady Aydana była ogromną szansą. Obiecał sobie, że kiedy następnym razem go spotka, będzie jednym z najlepszych właścicieli odznaki w kształcie liścia dębu. Ta ambicja pchała go naprzód, dodawała sił w ćwiczeniach.
  Te trzy miesiące bardzo go zmieniły. Wciąż zdarzało mu się narobić bigosu, jednak, jeśli od tego miała zależeć jego przyszła kariera starał się zachowywać przyzwoicie.
  Klacz prychnęła cicho, a chłopak posłał jej mordercze spojrzenie.
  - Kiedy już będę sławny, przejdziesz na emeryturę i kupię sobie nowego konia – syknął.
  Night parsknęła, jakby śmiejąc się ze swojego towarzysza.
  - „Zobaczymy. Jeszcze mi podziękujesz” – odpowiedziała.
  Przez resztę drogi już się nie odzywał, bo już zdążył się przekonać, że jeśli zacznie się kłócić, to tylko się zbłaźni.
***
  Gilan trzymał w dłoni ciepły kubek kawy. Jej zapach roznosił się po kuchni, sprawiając, że pomieszczenie wydało się jeszcze przytulniejsze. Ten aromat przywodził mu na myśl te sześć lat spędzonych na nauce pod czujnym okiem swojego mentora.
  Kiedy patrzył na swojego nowego podopiecznego przez okno, poczuł się bardzo stary, mimo, że Silver był od niego tylko dziewięć lat młodszy.
  Sam się zastanawiał, czy dobrze postąpił. Chłopiec co prawda był bardzo zdolny, ale jego wybuchowy temperament dość często dawał o sobie znać. Jeśli przez dłuższy czas niczego nie wymyślił, Gil zaczynał się niepokoić.
  Z drugiej strony musiał przyznać, że był utalentowany. Miał dobre oko, a ponadto już wcześniej starał się być niezauważalny, co wychodziło mu dobrze. Przed czujnym wzrokiem zwiadowcy nie mógł uciec, ale widać było, że nie jest nowicjuszem.
  Wciąż miał w uszach pełne kpiny słowa mistrza i nienadający się do przytoczenia epitet, którym określił zwiadowcę, gdy dowiedział się o tym, że przyjął ucznia. Skrzywił się na samo wspomnienie tych ciemnych, wzniesionych do góry oczu.
  - Na własne życzenie niszczysz sobie życie – usłyszał, zanim się pożegnali.
  Po tym zdarzeniu nie raz śnił mu się Silv, a to na czele buntu przeciwko Crowleyowi; a to ścigającego go z nożem, a raz nawet jako zdrajcę spiskującego wraz z zamieszkałym w Górach Deszczu i Nocy lordem. W każdym z tych snów w końcu pojawiał się ze złośliwym uśmiechem Hibernijczyk.
  Jednak przez swój ośli upór jego decyzja pozostawała niezmienna. Obiecał sobie zrobić z czeladnika dobrego zwiadowcę, bez względu na konsekwencje.
  Miał tylko nadzieję, że się nie myli.
  Powoli zaczynało się ściemniać. Z ociąganiem wstał, by dorzucić kawałek drewna do palącego się w kominku ognia. Płomienie dawały ciepło i światło, którego potrzebował.
  Usiadł z powrotem i zerknął na leżący na stole kawałek skóry. Westchnął, po czym wziął pióro, zaczynając pisać raport. Sam nie wiedział, o czym pisze, byleby tylko nie mieli do niego pretensji, że nie zdał raportu. Kątem oka wciąż obserwował polanę, na której Silver i Night najwyraźniej dobrze się bawili.
  Wiele by dał, by móc do nich dołączyć, jednak miał swoje obowiązki. Zerknął na zapisane słowa.
 - Nienawidzę papierkowej roboty – mruknął.
  Usłyszał ciężkie kroki na ganku. Poderwał się z miejsca.
  Kiedy drzwi otworzyły się z hukiem, zmarszczył brwi, czując zimny powiew wiatru. W progu pojawiła się podskakująca wesoło postać. Uniosła do góry prawą rękę na powitanie.
  Gilan w odpowiedzi skinął głową i wskazał Silverowi miejsce obok siebie. Chłopak z uśmiechem usiadł i zdjął płaszcz.
  Zwiadowca popatrzył na niego z wyrzutem.
  - A drzwi to co? Krowa zjadła? – burknął.
  Czeladnik wzruszył ramionami w odpowiedzi, kładąc nogi w ubłoconych butach na stole próbując sprowokować nauczyciela. Ten tylko wzniósł zielone oczy ku niebu i zaczął się zastanawiać, czy kiedyś w młodości też był taki arogancki. Nie chciał się przyznać przed samym sobą, że odpowiedź na to pytanie była twierdząca.
  - Krowy tu nie ma, więc musiał być to twój koń.
  Gilan pomyślał o Blaze’u, siedzącego samemu z Night w stajni. Przez głowę przeleciała mu myśl, że czworonóg być może cierpi tak samo jak on, nie mogąc znieść młodszej towarzyszki.
  - Cóż, wątpię. Gdyby nie to, że twoje poczucie własnej wartości zajmuje tak dużo miejsca, że drzwi by się już tam nie zmieściły, osądzałbym ciebie – odparł w odpowiedzi.
  Silver odburknął coś pod nosem, prawdopodobnie niezbyt miły epitet skierowany pod adresem mistrza, ale wstał i zamknął wejście.
  Patrzył, jak Gilan pije kawę, nawet nie zaproponowawszy mu jednej filiżanki. Uznał to za egoizm i prychnął.
  Zwiadowca zaprezentował nowo nabytą umiejętność – uniósł jedną brew do góry. Gdy był jeszcze czeladnikiem bardzo zazdrościł Haltowi tej umiejętności, nieraz próbował go naśladować, jednak nie za bardzo mu to wychodziło. Po chwili namysłu stwierdził, że to przychodzi z wiekiem. Albo i z uczniem.
  Silv łypnął na niego spode łba, ale już nie odezwał się, dopóki nie otrzymał swojej porcji gorącego napoju. Na sam widok brązowego płynu, mimo woli uśmiechnął się serdecznie, wciągając aromat kawy.
  Jednym łykiem opróżnił cały kubek. Tak, to zdecydowanie było to, czego potrzebował.
  Rozbawiony Gilan ledwo mógł się powstrzymać od złośliwego komentarza. W tej chwili jego uczeń wyglądał bardziej jak dziecko, niż osoba, która w ciągu sześciu lat miała stać się ponadprzeciętnym strategiem, świetnym wojownikiem, wybitnym łucznikiem i doskonałym szpiegiem, a przede wszystkim groźnym wrogiem, z którym trzeba się liczyć.
  Odłożył niedokończony raport do kredensu. Musiał go skończył szybko, lecz niekoniecznie w tym momencie. Silver spojrzał na Gilana z wdzięcznością. Chciał porozmawiać z mistrzem i wolałby, żeby ten go wysłuchał oraz doradził.

  W tym momencie do ich uszu dotarł głuchy odgłos. Odwrócili się jak na komendę. Ktoś pukał do drzwi, i bynajmniej nie zależało mu na dyskrecji. 

I oto jest pierwszy rozdział! Nie jest on jakoś  strasznie długi, ale myślę, że ujdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz