Crowley
uśmiechnął się. Tuż przed nim leżała teczka pełna dokumentów. Nareszcie
skończył znienawidzoną papierkową robotę. Gdyby mógł, sam sobie przybiłby
piątkę.
Jednak to
nie było wszystko. Brakowało jednego raportu. A jakby tego było mało, wieczorem
czekało go spotkanie z królem Duncanem. Nie miał pojęcia, o czym władca chce z
nim porozmawiać, jednak nie spodziewał się, żeby było to coś dobrego.
Jeszcze raz
spojrzał tęsknie przez otwarte okno w kierunku lasu. Od tygodni nie miał czasu
znaleźć się na grzbiecie wierzchowca i mknąć przez las. Brakowało mu rozrywki,
niebezpiecznych misji, pełnych napięcia akcji, na jakie chodził w młodości. Z
drugiej strony cieszył się, że już nie musi spać po fosach i trząść się z zimna
podczas deszczy, przed którym chroniła go jedynie jego szaro-zielona peleryna.
Jednak
szybko odgonił od siebie te myśli i spojrzał na zegarek. Wyprostował się,
przygładził płaszcz i wyszedł ze swej komnaty, która czasami zdawała się mu być
jego więzieniem.
Schodząc po
schodach mruczał pod nosem wesołe piosenki, żeby dodać sobie otuchy. Mijający
go służący zerkali na niego z zaciekawieniem, a czasem i rozbawieniem. Każdemu
po kolei kiwał głową na powitanie.
Mimo, że
służyli w najważniejszym zamku w królestwie, byli prostymi ludźmi, a zwiadowcy
nie wzbudzali ich ufności. Niektórzy uważali ich za czarnoksiężników, także
szybko za dowódcą uformował się podążający za nim krok w krok tłumek gapiów,
ciekawych zobaczenia dziwnego zaklęcia, jakie w ich mniemaniu rzucał Crowley na
mijane korytarze.
Zwiadowcę
nie zwracał jednak na nich odwagi. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu (z
jakże wspaniałą eskortą) znalazł się przed masywnymi drzwiami. W jednej w
chwili spoważniał i spojrzał groźnie na tłumek gapiów, który w kilka minut się
rozbiegł przerażony. Zadowolony, że pozbył się ogona, zastukał trzy razy do
drzwi, zza których rozległo się ciche „proszę”.
Crowley
pchnął ciężkie drzwi do przodu. Jego oczom ukazał się siedzący przy stole
Duncan, wyraźnie czymś zmartwiony. Tuż przed nim leżał pusty kielich i w
połowie pełna butelka wina. Zwiadowcę niezmiernie zdziwił ten widok, wiedział
bowiem, że Duncan zazwyczaj nie szuka pocieszenia w alkoholu, kiedy ma problem.
W takich chwilach starał się zachować trzeźwość umysłu i podejmować rozsądne
decyzję.
Jego
zmęczone oczy spojrzały na starego przyjaciela. Mruknął pod nosem przywitanie i
westchnął.
- Siadaj,
Crowley. Może się czegoś napijesz? – zasugerował, wyciągając z szafki kolejny
kieliszek.
Crowleya
zamurowało.
*
Silver
zerknął niepewnie na Gilana. Nie był pewny, czy to on ma podejść i otworzyć
drzwi nieznajomemu. Z drugiej strony był wściekły, że nie mógł nawet
przedstawić swojego problemu mistrzowi.
Zwiadowca
uniósł do góry jedną brew. Znowu.
- Otworzyć?
– zapytał uczeń.
Gilan
pokręcił przecząco głową. Jego ręka nieznacznie przesunęła się w kierunku
rękojeści miecza.
Pukanie
rozległo się po raz kolejny. Do ich uszu dobiegło również pełne pogardy
prychnięcie.
Siedzieli
tak w ciszy, dopóki osoba, która stała
za drzwiami nie odeszła.
Silv
spojrzał na mentora podejrzliwie.
- Kto to
był? – spytał.
Gilan przewrócił
oczami.
- Nikt ważny.
Silver
skinął głową, ale było wiadomo, że taka odpowiedź go nie usatysfakcjonowała. Czyżby jego mistrz
miał jakiś sekret? Już wiedział, że zrobi wszystko, żeby go odkryć.