Kara klacz z
pewnością nie należała do najpiękniejszych. Mała, o beczułkowatym tułowiu,sprawiała wrażenie nieruchliwego konia, o niskim ilorazie inteligencji.
W
rzeczywistości można ją było przypisać do najwytrwalszych wierzchowców w
Araluenie. Jej jeździec, gdyby go o to spytano, z pewnością opisałby ją
przymiotnikiem „wredna”. I może również „pyskata”.
Silver trzy
miesiące wcześniej został czeladnikiem zwiadowcy. Mimo, że jego rówieśnicy nie
mieli pozytywnego zdania na temat zakapturzonych postaci, chłopiec był
zachwycony. Uwielbiał robić wszystkim na złość, wyróżniać się, nigdy nie
słuchał co się do niego mówiono. Poza tym miał broń.
Uśmiechnął
się na myśl, że pod ręką ma łuk. Wcześniej używał tylko wykonanych przez siebie
proc, ku niezadowoleniu swoich sąsiadów. Jeśli gdziekolwiek na wsi rozbito
szybę, zraniono już i tak ledwo chodzącego osła, on był pierwszym podejrzanym.
Jednak nie działał sam. Zawsze wspierał go
starszy o rok brat Aydan. Razem stanowili drużynę, z którą trzeba było się
liczyć. Kiedy jeden odwracał uwagę poczciwego piekarza, drugi zakradał się do
jego domu, by zwędzić parę świeżych bułek. To Ay nauczył go z kawałków skóry
sklejać proce, a następnie z niej jak najtrafniej strzelać. To on pokazał mu,
gdzie najlepiej się schować, gdy wściekły gospodarz cię ściga, jak kłamać, by
nikt się nie zorientował, gdzie można znaleźć najlepsze jabłka.
Ich
beztroskie życie przepełnione było żartami, śmiechem oraz bójkami z kolegami.
Do czasu, kiedy jego brat wyjechał z rodzinnej wsi, żeby po długich latach
praktyki, wstąpić do korpusu zwiadowców. Od tego czasu się nie widzieli.
Dlatego też
dla Silvera możliwość pójścia w ślady Aydana była ogromną szansą. Obiecał
sobie, że kiedy następnym razem go spotka, będzie jednym z najlepszych
właścicieli odznaki w kształcie liścia dębu. Ta ambicja pchała go naprzód,
dodawała sił w ćwiczeniach.
Te trzy
miesiące bardzo go zmieniły. Wciąż zdarzało mu się narobić bigosu, jednak,
jeśli od tego miała zależeć jego przyszła kariera starał się zachowywać
przyzwoicie.
Klacz
prychnęła cicho, a chłopak posłał jej mordercze spojrzenie.
- Kiedy już
będę sławny, przejdziesz na emeryturę i kupię sobie nowego konia – syknął.
Night
parsknęła, jakby śmiejąc się ze swojego towarzysza.
-
„Zobaczymy. Jeszcze mi podziękujesz” – odpowiedziała.
Przez resztę
drogi już się nie odzywał, bo już zdążył się przekonać, że jeśli zacznie się
kłócić, to tylko się zbłaźni.
***
Gilan
trzymał w dłoni ciepły kubek kawy. Jej zapach roznosił się po kuchni,
sprawiając, że pomieszczenie wydało się jeszcze przytulniejsze. Ten aromat
przywodził mu na myśl te sześć lat spędzonych na nauce pod czujnym okiem
swojego mentora.
Kiedy
patrzył na swojego nowego podopiecznego przez okno, poczuł się bardzo stary,
mimo, że Silver był od niego tylko dziewięć lat młodszy.
Sam się
zastanawiał, czy dobrze postąpił. Chłopiec co prawda był bardzo zdolny, ale
jego wybuchowy temperament dość często dawał o sobie znać. Jeśli przez dłuższy
czas niczego nie wymyślił, Gil zaczynał się niepokoić.
Z drugiej
strony musiał przyznać, że był utalentowany. Miał dobre oko, a ponadto już
wcześniej starał się być niezauważalny, co wychodziło mu dobrze. Przed czujnym
wzrokiem zwiadowcy nie mógł uciec, ale widać było, że nie jest nowicjuszem.
Wciąż miał w
uszach pełne kpiny słowa mistrza i nienadający się do przytoczenia epitet,
którym określił zwiadowcę, gdy dowiedział się o tym, że przyjął ucznia.
Skrzywił się na samo wspomnienie tych ciemnych, wzniesionych do góry oczu.
- Na własne
życzenie niszczysz sobie życie – usłyszał, zanim się pożegnali.
Po tym
zdarzeniu nie raz śnił mu się Silv, a to na czele buntu przeciwko Crowleyowi; a
to ścigającego go z nożem, a raz nawet jako zdrajcę spiskującego wraz z
zamieszkałym w Górach Deszczu i Nocy lordem. W każdym z tych snów w końcu
pojawiał się ze złośliwym uśmiechem Hibernijczyk.
Jednak przez
swój ośli upór jego decyzja pozostawała niezmienna. Obiecał sobie zrobić z
czeladnika dobrego zwiadowcę, bez względu na konsekwencje.
Miał tylko
nadzieję, że się nie myli.
Powoli
zaczynało się ściemniać. Z ociąganiem wstał, by dorzucić kawałek drewna do
palącego się w kominku ognia. Płomienie dawały ciepło i światło, którego
potrzebował.
Usiadł z
powrotem i zerknął na leżący na stole kawałek skóry. Westchnął, po czym wziął
pióro, zaczynając pisać raport. Sam nie wiedział, o czym pisze, byleby tylko
nie mieli do niego pretensji, że nie zdał raportu. Kątem oka wciąż obserwował
polanę, na której Silver i Night najwyraźniej dobrze się bawili.
Wiele by
dał, by móc do nich dołączyć, jednak miał swoje obowiązki. Zerknął na zapisane
słowa.
- Nienawidzę
papierkowej roboty – mruknął.
Usłyszał
ciężkie kroki na ganku. Poderwał się z miejsca.
Kiedy drzwi
otworzyły się z hukiem, zmarszczył brwi, czując zimny powiew wiatru. W progu
pojawiła się podskakująca wesoło postać. Uniosła do góry prawą rękę na
powitanie.
Gilan w
odpowiedzi skinął głową i wskazał Silverowi miejsce obok siebie. Chłopak z
uśmiechem usiadł i zdjął płaszcz.
Zwiadowca
popatrzył na niego z wyrzutem.
- A drzwi to
co? Krowa zjadła? – burknął.
Czeladnik
wzruszył ramionami w odpowiedzi, kładąc nogi w ubłoconych butach na stole
próbując sprowokować nauczyciela. Ten tylko wzniósł zielone oczy ku niebu i
zaczął się zastanawiać, czy kiedyś w młodości też był taki arogancki. Nie
chciał się przyznać przed samym sobą, że odpowiedź na to pytanie była
twierdząca.
- Krowy tu
nie ma, więc musiał być to twój koń.
Gilan
pomyślał o Blaze’u, siedzącego samemu z Night w stajni. Przez głowę przeleciała
mu myśl, że czworonóg być może cierpi tak samo jak on, nie mogąc znieść
młodszej towarzyszki.
- Cóż,
wątpię. Gdyby nie to, że twoje poczucie własnej wartości zajmuje tak dużo
miejsca, że drzwi by się już tam nie zmieściły, osądzałbym ciebie – odparł w
odpowiedzi.
Silver
odburknął coś pod nosem, prawdopodobnie niezbyt miły epitet skierowany pod
adresem mistrza, ale wstał i zamknął wejście.
Patrzył, jak
Gilan pije kawę, nawet nie zaproponowawszy mu jednej filiżanki. Uznał to za
egoizm i prychnął.
Zwiadowca
zaprezentował nowo nabytą umiejętność – uniósł jedną brew do góry. Gdy był
jeszcze czeladnikiem bardzo zazdrościł Haltowi tej umiejętności, nieraz
próbował go naśladować, jednak nie za bardzo mu to wychodziło. Po chwili
namysłu stwierdził, że to przychodzi z wiekiem. Albo i z uczniem.
Silv łypnął
na niego spode łba, ale już nie odezwał się, dopóki nie otrzymał swojej porcji
gorącego napoju. Na sam widok brązowego płynu, mimo woli uśmiechnął się
serdecznie, wciągając aromat kawy.
Jednym
łykiem opróżnił cały kubek. Tak, to zdecydowanie było to, czego potrzebował.
Rozbawiony
Gilan ledwo mógł się powstrzymać od złośliwego komentarza. W tej chwili jego
uczeń wyglądał bardziej jak dziecko, niż osoba, która w ciągu sześciu lat miała
stać się ponadprzeciętnym strategiem, świetnym wojownikiem, wybitnym łucznikiem
i doskonałym szpiegiem, a przede wszystkim groźnym wrogiem, z którym trzeba się
liczyć.
Odłożył
niedokończony raport do kredensu. Musiał go skończył szybko, lecz niekoniecznie
w tym momencie. Silver spojrzał na Gilana z wdzięcznością. Chciał porozmawiać z
mistrzem i wolałby, żeby ten go wysłuchał oraz doradził.
W tym
momencie do ich uszu dotarł głuchy odgłos. Odwrócili się jak na komendę. Ktoś
pukał do drzwi, i bynajmniej nie zależało mu na dyskrecji.
I oto jest pierwszy rozdział! Nie jest on jakoś strasznie długi, ale myślę, że ujdzie.