niedziela, 4 lutego 2018

Rozdział 3

  Słońce dopiero co wzeszło, ale Tamara już była na nogach. Do jej obowiązków należało zrobienie śniadania, które zawsze starała się wykonać jak najlepiej, jak potrafi, żeby nie zasłużyć sobie na gniew Avery. Zadrżała na samą myśl o niezadowolonej, pełnej kpiny miny mentorki. 
  Belltown było małym miasteczkiem znajdującym się w centralnej części lenna Redmont. Niewielu o nim słyszało, jeszcze mniej zaglądało. Nie było w nim żadnej gospody, zajazdu, a karczma była jedynie rozlatującą się chałupą składającą się z jednej izby, w której miejscowa ludność mogła od czasu do czasu coś wypić, co zdarzało się dość często. Karczma miała swoich stałych klientów, którzy praktycznie z niej nie wychodzili, chyba, że wyrzuceni.
  W tej karczmie od czasu do czasu, w kącie przesiadywał lokalny zwiadowca. Nie pił, jednak obserwował mieszkańców, często też płacił karczmarzowi parę groszy za parę ciekawych informacji. Większość klientów jednak pod wpływem trunków nie widziała więcej, niż czubek własnego nosa, nie wspominając już o dostrzeżeniu człowieka, który latami szkolił się w ukrywaniu się, tak więc o jego obecności zazwyczaj wiedział tylko karczmarz i Avery, która również przesiadywała w karczmie w celu zdobycia informacji.
  Połowa miasteczka trudniła się rzemieślnictwem, w większości wytwarzaniem trucizn. W dodatku byli to zawodowcy. Lepszych jadowników nie było w całym Araluenie, dlatego właśnie miejscowy zwiadowca starał się mieć na oku wszystkich, którzy miasteczko opuszczają. Do tego, że sam zakupił kilka fiolek swego czasu nie przyznał się przed nikim. Użył ich tylko raz i musiał stwierdzić, że nie rozczarował się.
  Raz na miesiąc dwóch z nich opuszczało miasteczko z pełnymi jukami. Wracali zawsze po trzech dniach z pustymi. Halt zawsze zastanawiał się, gdzie sprzedają swoje towary, jednak nigdy nie miał okazji podążyć ich śladem. Poza tym, jako, że sam zaliczał się do klientów wolał nie powiadamiać o niczym swojego starego przyjaciela Crowleya. Po co biedaczek ma się martwić?
  Avery była właśnie takim jadownikiem. I w dodatku jednym z najlepszych. Tamara byłą przeszczęśliwa, że mogła zostać jej czeladnikiem, jednak to nie zmieniało faktu, że trochę jej się bała. Najbardziej przerażała ją jej blizna na prawym policzku – kobieta nigdy nie opowiadała o niej, jednak Tamara podejrzewała, że kryje się pod tym jakaś fascynująca historia, której z wielką chęcią by wysłuchała. W jej oczach mentorka była bohaterem – nie dość, że specjalizowała się w wytwarzaniu trucizn, to jeszcze świetnie walczyła sztyletem oraz miała dobrego cela.
  Rzemieślniczka miała długie, proste włosy o kolorze ciemnego blondu, bardzo jasną, niemal białą karnację i surowe rysy twarzy. Jej cechą charakterystyczną była wspomniana wyżej blizna i heterochromia oczu – jedno było bardzo ciemnobrązowe, prawie czarne, a drugie granatowe. Oprócz tego z jej twarzy nigdy nie znikał szyderczy uśmieszek, który wielu osobom śnił się po nocach.
  Była w okolicy bardzo szanowaną postacią, gdy szła ulicą, wszyscy ją pozdrawiali, jednak ona nigdy nie odpowiadała na powitania. Zresztą bardzo rzadko się odzywała, a jeśli już to z kpiną i sarkazmem.
  Natomiast Tamara była bardzo drobnej postury, wielu brało ją za młodszą, niż jest w rzeczywistości. Jej włosy były jasnobrązowe i krótko obcięte, a oczy niebieskie, szczere i zawsze wesołe. Mało kto słyszał jej głos, uchodziła za bardzo nieśmiałą. Zawsze strasznie się stresowała, kiedy miała rozmawiać z ludźmi, zwykle czerwieniła się na samą myśl o tym. Poza tym była skromna i bardzo pojętna.
  Mieszkała razem z Avery, zajmowała maleńki pokoik, który niegdyś był piwnicą. Było tam ciasno, ale Tamara strasznie polubiła swoje małe miejsce na tym świecie. Kiedy pościerało się kurz, można było stwierdzić, że jest tam całkiem przytulnie, dlatego dziewczyna spędzała tam większość swojego wolnego czasu – a miała go naprawdę niewiele.
  Jej mistrzyni od kilku dni nie przebywała w domu. Powiedziała jej, że wróci niebawem, tylko musi załatwić parę spraw.
  Jedząc śniadanie rozmyślała nad swoją dotychczasową nauką. Dowiedziała się przez ten czas wielu przydatnych rzeczy, jednak wciąż jej głównym zajęciem było sprzątanie domu i wykonywanie obowiązków domowych.
  Jedynie jednego dnia Avery wzięła ją do lasu, żeby pokazać jej kilka pospolitych trujących roślin. Wszystkie jej pytania na temat fachu jadownika mentorka zbyła półsłówkami. Tamara nie mogła się doczekać, kiedy zacznie się uczyć czegoś w praktyce, ale wiedziała, że zanim to nastąpi minie jeszcze sporo czasu.
  Raz na dwa miesiące jej mentorkę odwiedzali koledzy lub koleżanki po fachu. Av kazała wówczas Tamarze wyjść z domu i zakupić na targu żywność, czego czeladniczka nienawidziła, gdyż było tam mnóstwo ludzi. Jednak starała się uwinąć jak najszybciej, by podsłuchać choć fragmenty rozmowy, które toczyli. Jednak, zanim wracała, goście już się ulatniali. Niezmiernie ją interesowało, o czym rozmawiali, skoro jej nauczycielce tak bardzo zależało, żeby nie usłyszała ani słowa.
  Czasami odwiedzali ją również uczniowie sąsiadów, jednak Avery zawsze przeganiała ich, mówiąc, że nie chce, aby gówniarze od konkurencji pałętały się jej pod nogami, za co Tammy była jej bardzo wdzięczna.
  Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, ale z czasem zaczęła przyjmować nawyki mistrzyni. Mówiła podobnie jak ona, starała się naśladować jej dziarski krok i pełne pogardy spojrzenie, jednak efekt był bardziej śmieszny, niż się tego spodziewała. Często też przyłapywała siebie, że myśli, co by zrobiła Avery, gdyby znalazła się w jej sytuacji.
  Czasami nawet zastanawiała się, czy samemu nie wziąć sztyletu i zrobić sobie taką samą bliznę. W końcu Av była jej idolem, w przyszłości chciała zostać dokładnie taka jak ona.
   A naśladowanie kogoś innego, niż się jest w rzeczywistości nie zawsze jest tak proste, jak się wydaje.
  Wtem usłyszała ujadanie psa, a chwilę później kroki na ganku. Drzwi skrzypnęły i otworzyły się na oścież. W progu stała wysoka postać odziana w brązową pelerynę.
  Tamara uśmiechnęła się promiennie. Jej mistrzyni wróciła.
  Wstała z krzesła, bowiem obowiązywała tam zasada, że uczeń nie może siedzieć, kiedy jego nauczyciel stoi. Energicznie skinęła głową.
  - Kawy? – zapytała.
  Avery pokręciła głową i zaczęła się rozglądać. Jej wzrok padł na stół. Podeszłą do niego i przejechała palcem po blacie, a następnie uniosła rękę do góry i przyjrzała się mu ze zmarszczonymi brwiami.
  - Kurz – stwierdziła.
  Tamara zaczerwieniła się niezadowolona, że nie pomyślała, żeby wcześniej posprzątać. Nie spodziewała się, że Av tak szybko wróci. Była jednak pewna, że sama Avery się tego nie spodziewała.
  Mentorka przeszła przez pomieszczenie i zatrzymała się przed fiolkami leżącymi na komodzie. Padało na nie światło słoneczne, więc szybkim ruchem zdjęła je, otworzyła drzwi szafy i włożyła do środka.
  - Tego typu mikstury trzeba przechowywać w ciemnych i zimnych miejscach – powiedziała bardziej do siebie, niż do Tamary.
  Dziewczyna zanotowała to sobie w pamięci, żeby następnym razem nie popełnić tego samego błędu.
  Mistrzyni uniosła głowę do góry, szukając pająków po kątach, jednak ku uldze uczennicy, niczego takiego nie znalazła. Zadowolona, ściągnęła pelerynę i zawiesiła ją na wiszącym obok drzwi drewnianym wieszaku. Odwróciła się do czeladniczki wykrzywiając zęby w szyderczym uśmiechu.
  - Cieszę się, że zdążyłaś przegonić naszych ośmionożnych przyjaciół. A teraz zajmij się roztoczami, jestem pewna, że one nie posiadają jadu, który mogłybyśmy wykorzystać – stwierdziła z sarkazmem.
  Tammy wzdrygnęła się. Panicznie bała się pająków, a Avery dobrze o tym wiedziała i wypominała jej, kiedy tylko mogła. Na samą myśl o jednym z tych osobników robiło jej się nie dobrze. Ale nikt się ją o to nie pytał. Ba! Nie miała prawa się skarżyć. Od dziecka była traktowana jak przynieś-wynieś-pozamiataj. Dlatego też bardzo się cieszyła, że Avery wzięła ją na swojego ucznia.
  - Poproszę herbatę – rzekła Av.
  Tamara skinęła głową podając jej napój, który przygotowała dla siebie. Jej mistrzyni usiadła i ruchem głowy wskazała dziewczynie krzesło naprzeciw niej. Przez chwilę przyglądała się jej, w milczeniu popijając napój. Zauważyła, że ta zaczyna się już wiercić, ale się nie odezwała. Dopiero, gdy dopiła ostatni łyk, założyła nogę za nogę i zaczęła mówić:
  - W naszej wiosce od pokoleń przekazywane są receptury na wszelkiego rodzaju trucizny oraz na odtrutki. W każdym innym miejscu na tym świecie uznano by nas za czarownice i czarodziei, jednak tutaj jesteśmy szanowani. Niektórzy przejezdni wciąż wierzą jeszcze, że paramy się czarną magią. Wiemy jak zabić człowieka bez użycia ostrza oraz jak go wyleczyć. Jak nikt inny znamy się na ziołach, posiadamy wiedzę, o której większość medyków może sobie tylko pomarzyć.
  Gdy byłam jeszcze czeladnikiem, mój mistrz razem z kolegami prowadził interesy z  pewnym Genoweńćzykiem. Są to znakomici mordercy, wyszkoleni zabójcy, najemnicy. Ludzie nie warci zaufania. Powiedział on wtedy, że do tamtej pory myślał, że to oni wytwarzają najlepsze trucizny. Reszta zebranych zaniosła się gromkim śmiechem.
  Najsilniejsze trucizny trzymam w ukryciu. Potrzebują kilkudziesięciu lat na to, żeby były zdatne do użytku. Uwarzył je mój mistrz, kiedy był zaledwie kilka lat starszy od ciebie.
  Jak pewnie już wiesz, należę do cechu. Jego przywódcą jest sam pan Park. Zapewne sporo o nim słyszałaś. Nigdy nie spotkałam bardziej leniwej osoby… Ale wracając do tematu: nowego lidera wybiera się po śmierci starego poprzez głosowanie… Ostatnio nie było ono konieczne, gdyż był tylko jeden kandydat.
  Mimo, że jesteśmy wszyscy dla siebie konkurencją żyjemy w zgodzie. Od czasu odwiedzamy siebie, by porozmawiać, pośmiać się. Jednak nigdy na tym spotkaniach nie towarzyszy nam butelka. Jest tak dlatego, gdyż każdy Jadownik ma swoją tajną recepturę, którą przekazał mu Mistrz, a której strzeże jak oka w głowie. To wytwarzanie jej przynosi mu sławę.
  Nawet nie pytaj, nie poznasz jej wcześniej, niż na sam koniec szkolenia… - skończyła swój wywód.
  Tamara wpatrywała się w nią bez słowa. Jeszcze nigdy nie słyszała, by Avery powiedziała tak dużo, za jednym razem.
  Mimo wszystko zaciekawiło ją to wszystko. Miała ochotę zapytać, kiedy ostatnio mentorka wypiła coś mocniejszego, ale się odezwała – zabrakło jej odwagi.
  Mistrzyni wstała i wyszła z pomieszczenia zostawiając Tammy samą z jej przemyśleniami.
*
  Crowley przyglądał się w milczeniu władcy. Słuchał jego opowieści, starając się nie uronić ani jednego słowa. Jak na razie wszystko wydawało mu się jasne. Nie dziwił się już Duncanowi, sam na jego miejscu szukałby pocieszenia w butelce z alkoholem. Gdyby nie był zwiadowcą. Gdyby nie był trzeźwo myślącym człowiekiem. Gdyby nie był wyszkolony, że zimną krew powinno się zachować w nawet najgorszych wypadkach.
  Kiedy król skończył, uśmiechnął się smutno do przyjaciela.
  - Teraz widzisz, na czym polega problem – westchnął.
  Crowley skinął głową. Już wcześniej się nad tym zastanawiał.
  - Wyślę tam Gilana z jego uczniakiem – stwierdził. – Albo Louisa.
  - Ale dlaczego nie Halta? – Duncan zmarszczył brwi.
  Crowley westchnął ciężko.
  - Nie wydaje mi się, żeby był skory do pomocy w tej jednej sprawie – szepnął.
  Władca nie zadał mu więcej pytań.
*
  Silver odwrócił się w siodle, by spojrzeć na jadącego za nim Gilana. W jego mniemaniu zwiadowca strasznie się wlekł. Czeladnik był podekscytowany swoją pierwszą misją i chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nie rozumiał, dlaczego mistrz nie podziela jego entuzjazmu, ale nie chciał go pośpieszać, w obawie, że ten się zdenerwuje i znowu nie da mu kolacji.
  Właściciel odznaki srebrnego liścia tylko pobłażliwie się uśmiechał i nie zwracał na uczniaka najmniejszej uwagi, co trochę irytowało Silva. Uwielbiał być w centrum uwagi i nie był przyzwyczajony do bycia ignorowanym.
  Parę razy próbował zapoczątkować rozmowę, jednak, kiedy nauczyciel po raz kolejny odpowiedział jednym słowem, naburmuszony spojrzał na swojego konia, mając nadzieję, że Night wreszcie mu cokolwiek odpowie.
  Jednak nawet zwykle skora do komentowania wszystkiego klacz siedziała cicho, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Silvera.
   - Czemu wszyscy traktujecie mnie jak powietrze? – wrzasnął.
  Gilan spojrzał na niego spode łba.
   - Gdybyś uważał, wiedziałbyś, że zależy mi na zachowaniu ciszy. Nigdy nie wiadomo, kto mógłby nas usłyszeć – wyjaśnił spokojnie, ale stanowczo.
  Na te słowa zarumienił się zmieszany, ale nic nie odpowiedział, co jego mistrz przyjął zadowolonym skinieniem głowy.
  Las, który do tej pory ciągnął się w nieskończoność, wreszcie zaczął się przerzedzać. Na zwiadowcę i jego ucznia padało coraz więcej światła słonecznego. Wkrótce także zobaczyli pierwsze zabudowania.
  Gilan pokazał gestem Silverowi, żeby się zatrzymał, co ten szybko uczynił. Mistrz zrównał się z nim.
 - Zatrzymamy się w pobliskiej gospodzie i coś zjemy, a następnie wytłumaczę ci, co musimy zrobić dalej – rzekł.
  Silver mimo woli uśmiechnął się na myśl o ciepłym posiłku. Poczuł, że cieknie mu ślinka, gdy wyobraził sobie ciepłe krowie mięso i gorącą kawę.

 - Tak… - szepnął – myślę, że to będzie dobre wyjście…